piątek, 3 listopada 2017

Prolog -3-

Czarna kreacja zalegala na szmaragdowej poscieli, wygladajac jak obdarta z ludzkiej skory, ktora przeciez powinna tam byc. Tak wlasnie sie czulam, jak wywloka.
Westchnelam ciezko i oklaplam na lozko od niechcenia odrzucajac kosztowny material. Zielono biale zdobienia pokoju przyprawialy o zlodowacenie glowy i zoladka. Czulam sie zle w ogromnej przestrzeni, z ogromnym lozkiem, z ogromna lazienka z wanna na cale pomieszczenie. I z ogromnym balkonem.
Zadrzalam na mysl o nabytym leku ale z przyjemnoscia zapatrzylam sie w mrok za oszklonymi drzwiami od balkonu.
O maly wlos nie zwrocilabym uwagi na krotke pukanie w snieznobiale drewno drzwi a juz po chwili na bialy dywan wkroczyl wysoki blondyn.
Nie zaczekal na zaproszenie wiec pozostalo mi jedynie nieudolnie obciagnac kusy podkoszulek do linii jeansow. W szafie nie bylo innych ubran procz kiecki ktora wlasnie gniotlam a wcale nie kwapilo mi sie przebierac w wyszukane stroje.
Blondyn natomiast nieomieszkal zmienic koszuli z jeansowej na biala, przez co wygladal komicznie na tle wystroju wnetrza.
- Doszedlem do wniosku, ze to musi byc dla ciebie ogromny stres - Leniwie zblizyl sie do loza i oparl jedna dlon o kolumne wspierajaca baldachim - Prosze, pozwol mi...
Spojrzalam na wyciagnieta ku mnie druga dlon. Bylam nieufna, ale tez zagubiona i zaintrygowana... Chwycilam jego reke i jak oczarowana pozwolilam sie poprowadzic na taras. Stanelismy w mroku spowijacym miasto gdzie swiecil jedynie ksiezyc i kilka ognikow w budynkach, w oddali. Swieze powietrze, jego chlod - nabralam gleboki haust nie mogac nacieszyc sie tym doznaniem. Przestrzeni. Ogromem.
Wolnoscia.
Dopiero instynktownie odwrocilam sie do mezczyzny ktory nie przestawal pozerac mnie wzrokiem.
Spojrzenie ciemnoniebieskich teczowek bylo jak bezmiar, glebokie i wciagalo.
- Mam tyle pytan - zaczelam jednoczesnie obejmujac sie rekoma i przelknelam glosno sline - Dlaczego... Dlaczego w miascie jest ciemno?
Blondyn znow leniwie, przeniosl spojrzenie na miasto rozciagniete przed nami i pokrecil glowa jakby w zrozumieniu.
- Elektrycznosc, stala sie luksusem na jaki wielu nie moze sobie pozwolic - i westchnal, dodajac pozie dramatyzmu - Prosze, nie krepuj sie...
Znow zwrocil sie do mnie, napierajac w moja strone. Zrobilam krok w tyl i jeszcze raz przyjrzalam sie mezczyznie.
Koszula opinala muskularne ramiona, przez bialy material przebijal wyrzezbiony brzuch. W twarzy, w oczach ciemnych jak ocean mial cos inteligentnego i zdystansowanie. Zapominalam sie patrzac mu w oczy, uciekly mi wszystkie pytania. I watpliwosci. Rozwial je kiedy zlapal mnie za dlon i otworzyl jej wierzch.
- To dla ciebie - nie przestawal patrzec mi w oczy. W koncu spuscilam wzrok na swoja reke. Teraz spoczywal na niej lancuszek, grubszy, ze srebra z zawieszka z litera "V". Znow spojrzalam na niego unaszac jedna brew w pytaniu.
- Uwielbiam kiedy to robisz - mruknal i przejechal kciukiem po moim podniesionym luku poczym zamknal mi palce zatrzaskujac w nich podarek - To od Victorii, oznacza zwyciestwo. A teraz przebierz sie, w lazience. Zjemy razem kolacje.
Puscil mnie i ruszyl do pokoju. Skrzywilam twarz nagle zupelnie przerazona sytuacja.
- Prosze Pana! - Zwrocilam sie do niego ale przerwal mi
- Miraz. Prosze, przejdzmy na "ty" - poslal mi usmiech ktory normalnie uszedlby za firmowy, gdyby nie siegal tych cudownych oczu i nieemanowal prawdziwym cieplem - Przy stole wszystko ci opowiem.
Co zrobic, zupelnie zmieklam...

Prolog -1-



- Mówię ci, narobisz sobie kłopotów - mruknął Carlito podziwiając swoje sznurówki.
- Nie jęcz - usłyszał od przyjaciela w odpowiedzi a po ulicy poniósł się cichy pomruk nadjeżdżającej limuzyny - I patrz.
Carlito spojrzał na towarzysza  w porę  żeby zobaczyć jak ten  ruchem  głowy  wskazuje sunący czarny pojazd więc  wyciągnął szyję i skupił uwagę na lśniący w ulicznych latarniach cień, jego dredy otarły się cichym szelestem o skórzany  materiał  kurtki na  plecach.
Od godziny stali opierając się o balustradę mostu  w  Pierwszym Kręgu. Ten łączył północną część  miasta z wyżej znajdującymi się willami  na  osiedlach elity. Niżej były już bogate dzielnice mieszkalne i handlowe a przede wszystkim rozrywkowe. Mężczyznom siadały bębenki w uszach  od  huczących w   powietrzu bitów i ostrego zgrzytu  techno a laserowe smugi we wszystkich barwach i biel reflektorów dosłownie oślepiały odbijając się w każdej szybie oszklonych budynków. Miraz pokręcił głową z niesmakiem; cały Pierwszy Krąg  lśnił, mienił się i ubarwiał jak jakieś cholerne wesołe miasteczko ku uciesze bydła  z wyższych  sfer. Podczas gdy  ludzie z  najniższych żywią  się ze śmietników dokończył w  myślach.
Limuzyna minęła ich i leniwie zjechała w dół ulicy.
- Patrzę, patrzę. I wiesz co widzę? Dwóch kretynów którzy sterczą na środku Poplar Street i czekają, ciul raczy wiedzieć na co - skomentował dredziarz. Wyciągnął z kieszeni kurtki zrolowaną bibułkę, włożył do ust  i  zapalił zapalniczką. Wciągnął dym a wokół uniósł się słodkawo-mdły zapach.
- Ja na nic nie czekam, zreszta jak wszyscy...
Samochód zahamował z gracją przed największym budynkiem w okolicy, klubem Cameo. Gmach w nocy wyglądał  jakby był ze złota. Oświetlony tysiącami żarówek w żółtej barwie i setkami reflektorow.
Szerokie schody zdobil czerwony dywan ciagnacy sie od kraweznika az w same dwuskrzydlowe wrota. Oczywiscie zamkniete na cztery spusty dopoki czterech ludzi na sam widok limuzyny ich z wysilkiem nie rozchylilo.
Wzdol dywanu i przy drzwiach natychmiast pojawili sie mezczyzni ktorych garnitury pekaly na masywnych ramionach a twarze wyrazaly takie napiecie jakby swoja mase napinali specjalnie.
Drzwi samochodu otworzyl chuderlawy czlowiek ktory z odleglosci w jakoej stali mezczyzni wygladal jak mrowka ktora zaplatala sie tam przypadkiem.
Z auta najpierw wytoczyly sie dwie pieknosci, szatynka i ruda. W ogolnym pojeciu. Wyciecia koktajlowych kiecek konczyly sie rowno z plecami czyli dokladnie nad ogromnym tylkiem kazdej z nich, a pod gdzie niedaleko konczyla sie krawedz kreacji blyszczaly wymuskane oliwkowe nogi, ktore w swietle blyszczaly zlotem jak sam klub. Po chwili obie objal za ramiona wysoki facet, brudnobrazowe wlosy zdobily zolte pasma ktore w normalnym swietle byly poprostu siwizna. Szerokie plecy oslaniala czerwona marynarka garnituru, z daleka blyszczaca drozyzna i beznadziejnym smakiem. 
- Oblesne - skomentowal Miraz z niesmakiem patrzac jak kobiety zawijaja biodrami umiejetnie ocierajac sie o nogi starca. Ruszyl z towarzyszkami do przodu ale w jednej chwili zwolnil. Odwrocil sie za siebie i Carlito o malo nie poknal skreta. Praktycznie czul jak facet przez szkla czarnych markowych okularow przewierca go wzrokiem. Nie mozliwe, od mostu do klubu bylo dobre pol kilometra, nie mozliwe by z tej odleglosci zlapal zamroczone spojrzenie typa przy barierce.
Juz po chwili odwrocil sie leniwie i smieszna trojka ruszyla przed siebie, po chwili znikajac w klubie.
- To po co chcialas tu przylezc - mruknal Carli, ktorego zaraz opuscilo znuzenie. Jedyna i tak beznadziejna rozrywka tego wieczoru juz zniknela, nie wiedzac nawet o ich istnieniu. A jednak ciagle czul na sobie wiercacy wzrok starca...
Towarzysz popatrzyl z pogarda na znajomego.
- Przestan to cpac to moze jeszcze mozg ci odwietrzy - powiedzial po czym jednym ruchem wyrwal skreta z jego ust i zgasil butem na chodniku. Spotykajac nienawistne spojrzenie Carlito dodal - Wiesz jak tego nie lubi.
- Nie mieszaj jej to tego - warknal - A t o kosztuje. I nie cpam, tylko pale.
- Tylko pale - przedrzeznil go kolega. I tak zauwazyl ze skoro dymek nie przyprawil go o mdlosci to znaczy ze towar byl slaby. Albo mezczyzny nie stac na lepszy albo zmadrzal i bierze podpuche. Z drugiej strony nie znal sie ale nie byl pewien czy brudna sciolka byla lepsza... Mimo to dodal - Kupie ci takich dziesiec.
Dredziaz pokrecil glowa ze zniecierpliwienia. 
- Dzieki - sapnal i przyjrzal znajomemu wciaz wgapiajacemu sie w miejski klub.
Miraz moglby bez problemu znalezc sie na liscie gosci. Z ta roznica ze nie chcial. Byl jednym z najbardziej wplywowych ludzi w metropolii a mimo to mial gleboka awersje do tego lepszego zycia. Drogi alkohol, droge auta, prestizowe imprezy, apartametny z basenenami na poddaszu i cale stada ladniutkich kobiet. Mial to wszystko na wyciagniecie reki - I gardzil tym. 
Rozrywke znajdowal w nielegalnych walkach, na ulicy. Tam Carlito widzial go po raz pierwszy. Choc unikal takich imprez, nie mialy nic wspolnego ze zdrowa rywalizacja i bezpieczna gra jakiej uczyl go ojciec... Jeden raz dal sie namowic. Tam poznal mistrza - jezeli mozna tak nazwac czlowieka ktory nie stroni od stosowania kazdego dozwolonego chwytu.
Mowili na niego Miraz i jednego wieczoru rozdawal nedzarzom pieniadze z puli wygranej... A nastepnego dnia publicznie rozprawial o panujacym podziale, bedzie i rozprzezeniu, o zmianach jakie powinny nastapic i jakie on sam wprowadzi. 
Carli pamietal jak jego siostra siedziala z Malikiem na kolanach i ogladala jego wystapienie w telewizji. I uwierzyla. 
Od tamtej pory Carlito bezustannie ciagnelo do Miraza, do jego zagrywek politycznych. Choc nie raz mial ochote potrzasnac mezczyzna kiedy ten wpadal na tak durne pomysly jak sterczenie piecset metrow od najdrozszego klubu w miescie i pozeranie wzrokiem przywodcy swiata! 
No tak... Moze Mongestern wcale nie patrzyl na niego... Moze rozpoznal Miraza? On byl slawny, wszyscy na ulicy go rozpoznawali. Nawet z tej odleglosci w swietle latarn i ksiezyca nie daloby sie pomylic postawnego blondyna z najslawniejsza buzka... Na swiecie. 
A komu jak komu ale ... Mongesternowi polityka Miraza najbardziej zalazila za skore. 



Prolog -0.5-

Blisko piećset lat temu świat sponiewierała wojna. Niektòrzy nazywali ją Trzecią, inni Ostateczną. Apokalipsą.
Gdy do Europy przypłynęli ludzie krwawej wiary i zaczeli swoje rzady ku chwale swojego boga starli sie z wierzacymi w Jedynego, tworzac najwieksza bitwe miedzy wyznawcami obu relegii w dziejach swiata.
Historia przekazywana z pokolenia na pokolenie, zeby pamietac, ze wine za jej wybuch ponosi Indywidualnosc. I Wiara.
Wladze zdecydowane o wyplewieniu wpuszczonego wczesniej robactwa zeslaly bron atomowa na panstwa Islamskie, scierajac ogniem cala cywilizacje z ziemia.
Nie brali pod uwage konsekwencji, kataklizm ktory po tym nastapil spopielil wiekszasc poludniowych krajow, zmienil klimat i wszystko co wczesniej ocalalo.
Gdy deszcz ugasil ostatnie plomienie, na gliszcza wstapili Bracia. Rzesza kilkunastu mezczyzn, ktorzy wyprowdzili ocalalych.
Spalone ziemie dawnych krajow muzulmanskich i Indi przez lata odgradzane byly Murem, by nikt nie wchodzil na skazone zepsuciem terytoria.
Ucierpiala Europa i dolna Azja, liczba ofiar siegala miliardow. Bracia zrzeszyli dogorywajace wowczas panstwa, zacierajac ostatecznie granice polityczne i umocnili swoja wladze w Imperium, nieuzalezniajac sie od kontynentow obu Ameryk i zamykajac granice morskie na calej Euroazji.
Na ruinie starego swiata zaczeli tworzyc nowy, przez piescet lat kierujac go ku przyszlosci.

środa, 14 czerwca 2017

Fared


Po wędrówce labiryntem korytarzy dotarliśmy do pokoju znajdującego się na końcu jednego z odgałęzień. W lewym rogu, na przeciw drzwi stało biurko, siedział  przy nim mężczyzna, patrząc w ścianę. Nie spojrzał  na  nas kiedy stanęliśmy na środku. Towarzyszący mi dwaj żołnierze zasalutowali i wyszli. Ja zostałem na miejscu. Facet odwrócił się  twarzą do mnie. Wyglądał o wiele gorzej niż kiedy widzieliśmy się ostatni  raz. Pod oczami miał sińce, zmarszczki na twarzy były mocno widoczne, przygarbione ramiona i napięte mięśnie rysujące się pod koszulą. Ze szklanego spojrzenia o powiększonych źrenicach zionęła pustka. Nie spał od dawna, nawet bardzo dawna skoro nie starał się tego ukryć.
Nie odezwał i ja również. I chociaż powinienem pokazać że rangą stoi wyżej ode mnie, nie zrobiłem tego. Wolałbym wyjść z  tego cało więc zachowałem ciszę. A skoro  nie znalazłem żadnego zegarka w pokoju skupiłem się  na odliczaniu  minut.
- Myślę że powinieneś przedstawić mi dobrą wymówkę - rzucił oschle.
 - Nie mam, Casbec.
Kwestię "wymówki" próbuję rozwiązać już od kilka dni.. czy też sedna sprawy, jednak lepsze usprawiedliwienie na moje zachowanie nie istnieje. 
Mężczyzna nie okazywał emocji, zazwyczaj. Tym razem zielone oczy rozjarzyły się od  tłumionego gniewu, atmosfera momentalnie zgęstniała.
- Nie masz - powiedział cicho ale wyraźnie, usiadł  prosto - Nie masz.
Miałeś jedno zadanie. Jeden prosty rozkaz do wykonania i schrzaniłeś sprawę. Dlaczego?
Mówiłeś że rozumiesz dla czego ten krok  był nie zbędny.

- Mówiłem, pojechała do Darha. - uśmiechnąłem się lekko. 
Ten impas trwa już dobre  2 tygodnie, zwykle  wynajdują mnie w wolnej  chwili  i  ciągną  przez kompleksy aby delikatnie wypytać o lokalizacje pobytu Seath. Seath, osóbka  która zdołała namieszać w czarnym  światku kraju i  ująć mnie za serce. Od podanego miasta dzielą ją z pewnością  setki kilometrów i  nic dziwnego, głupotą byłoby  zostawać  na stałe.
- Mówiłeś,  mówiłeś - odpowiedział  z przekąsem. - Tylko  że tam jej nie ma. A więc, gdzie  jest TERAZ?
-  A  bo ja wiem? -  wzruszyłem ramionami. - Urwałem  z  nią  kontakt. Sam wiesz że w tej  branży to  podstawa. No więc, mogę już  sobie  iść?
Przybrałem minę  niewiniątka. Niestety ten jak żaden inny gracz potrafi przejrzeć przeciwnika. Zwrócił się przodem do  biurka, oparł brodę na splecionych dłoniach i z powagą spojrzał mi w oczy. Dość.. urokliwe można by rzec.. a przynajmniej jak może rzec  facet o oczach faceta. Warto zauważyć że w tej bitwie jeszcze nikt z nim nie wygrał więc po chwili spuszczam wzrok.
- Więc mówisz że  nie wiesz? A ja chcę tylko byś wiedział że ta informacja może uratować jej życie. Ja chcę jej tylko pomóc. Więc, dalej.. nie przypominasz sobie gdzie mogła by się schować?
Kręcę przecząco głową. Kobieta pewnie kręci się tu i  tam, próbuje przeżyć. Chciałem uciekać z nią ale oboje doszliśmy do wniosku że lepiej zostawić mnie tu na obserwacji. W ostatnim czasie przeprowadziłem z nim kilka podobnych rozmów i wszystkie kończyły się tak samo; stratą  czasu i sytuacją bez wyjścia.
- Ty też chciałbyś jej pomóc, nie mylę się? Wiem że nie chcesz żeby ta informacja dotarła do Niego ale to tylko bezpodstawne obawy, wszystko co dzieje się tym w pokoju zostanie tylko między mną a tobą. Wiesz że ucieczką  tylko pogarsza  swoją  sytuacje a jeśli trafią na nią  Łowcy...
- Nadal  nie wiem po co ci ta informacja.
- Poufna. Tylko między mną  a nią. Twój udział to zdradzenie jej lokalizacji. - Ciągle świdruje mnie wzrokiem i czeka na odpowiedź. Kiedy jej nie usłyszał zmarszczył brwi. - Nie zmuszaj mnie do sięgnięcia po mniej cywilizowane środki.
Ostatnie zdanie niemal wysyczał. Nie powstrzymałem się od śmiechu. Bo w końcu, co mógłby mi zrobić? Casbeck Varckore może i jest moim przełożonym oraz dowodzi niedobitkami wojsk państwowych ale wszyscy dobrze wiedzą że nie zdobył by się na torturowanie. Nie swoich ludzi.
Ledwo dostrzegalnie pokręcił głową, całkiem poważnie. Starł mi tym ruchem uśmiech. W końcu nikt też nie wie co dzieje się z ludźmi których pojmuje.
- Nie zrobisz tego. Co by Seath powiedziała? Miałbyś przechlapane... - zagrałem na zwłokę.
W  tym momencie przerywa mu osobliwy dźwięk z urządzenia elektronicznego. Jakoś do tej pory nie zwróciłem uwagi na leżący  na biurku  komunikator. Mężczyzna z wyrazem konsternacji zaczął grzebać w tym cudeńku, po chwili wstał, wziął nie przestając się bawić i skierował się do wyjścia. Przy drzwiach przystanął jednak i zwrócił do mnie;
- Może.. A może posłużyłbyś mi za przynętę a dziewczyna rzuci się żeby cię ratować. Wiesz że mam rację więc przemyśl to.
Wyszedł. Zamiast niego wróciło dwóch żołnierzy którzy wyprowadzili mnie z labiryntu.
Zostawili mnie przy pierwszym hangarze i wrócili po inne rozkazy. A skoro zostałam sam zdecydowałem się na spacer po hali zanim zajmę się własną pracą, muszę jakoś wyzbyć się uczucia niepokoju które trawi mnie od środka odkąd zniknęła.

Seath2

Pakowałam ostatnie paczki  z posiłkiem do worka kiedy usłyszałam rumor na końcu alejki. Właściciele w pośpiechu zawijali stragany i  łomotali deskami z drewnianych konstrukcji. Ostatni potencjalni klienci zabierali pośpiesznie torby i znikali w bocznych uliczkach które zdążył spowić cień, jakby w obawie przed coraz silniejszym mrozem. Jednak prawdziwy powód  szedł  środkiem ulicy równym, marszowym krokiem.
Zmrużyłam oczy. Pięciu mężczyzn odzianych w grube płaszcze i z przepasaną u  boku bronią, stukot ich okutych  butów  odbijał  się echem  od ścian  i gruzu.
Pokrzykując i strasząc  miejscowych przypominali o zbliżającej się godzinie policyjnej. W ciągu paru minut centrum opustoszało, nikt nie ma zamiaru zadawać się z tą uzbrojoną hołotą.
Silne trącenie w ramie wyrwało mnie z zadumy;
-  Co? - warknęłam.
-  Rusz się! - odkrzyknął Molle, właściciel tego kramu.
Trzymał w ręce dwie paczki i kilka banknotów. Szybkim ruchem wrzuciłam resztę towaru i podałam  mu worek. Wymieniliśmy się i sama w pośpiechu ruszyłam w  najbliższą odnogę. Za plecami słyszałam odgłos zwijanych płacht i oddział. Po kilku przecznicach napotkałam kolejny i jeszcze jeden. Pochyliłam głowę i włożyłam rękę do kieszeni kurtki żeby ją ogrzać, drugą wciąż przyciskałam zawiniątko do piersi. Wydech zamieniał się w obłoczek pary mimo to przyśpieszyłam  kroku. Kiedy zaczął prószyć śnieg dotarłam na przedmieścia i mimo utrudnionej widoczności dotarłam do klapy od piwnic. Słońce zaszło a miasto wymarło.
Z centrum niosły się krzyki, śmiechy i dźwięk tłuczonego szkła. Odziały zbrojne zaczęły się dobrze bawić.

*

Wejście do Hali było mile oczekiwaną odmianą. Kojące ciepło buchające z podpalonych koszy i palenisk zdążyło wysuszyć przemoczone ubranie i rozgrzać mnie po długich godzinach wystawania na dworze. Słuchałam płaczu dzieci, skargi zmęczonych mężczyzn i  starszych, pojękiwania rannych.
Melodia chorych, głodnych i wycieńczonych ludzi, ofiar bezsensownej walki. Po drodze oddałam paczki z jedzeniem dla kucharzy i zostałam na kolacji.
Usiadłam po turecku na kocu w kręgu przy największym ognisku. Tutaj rozbrzmiewały ożywione rozmowy, czasem dało się  słyszeć śmiech biegających dzieciaków. Sona, starsza kobieta drżącą dłonią podała mi miskę z zupą i z trudem usiadła obok.
- Dziękuje - powiedziałam i zachłannie rzuciłam cię ciepłe żarcie.
- Nie ma za co - odpowiedziała - Czy  na górze zrobiło się lepiej?
Pokiwałam przecząco głową i przełknęłam kolejną porcję.
- Nikt nie rozmawia na targu. A po za się nie szwendam. - odpowiedziałam.
- To  dobrze. Lepiej siedzieć na miejscu - pokiwała w zamyśleniu głową. - Ja też nigdzie się nie ruszam.
Uśmiechnęłam się. Sona była schorowana a i warunki nie były najlepsze. Każdy kto może zostaje w domu.. albo schronie. Tylko że nie każdy może.
Dokończyłam zupę,  jeszcze raz podziękowałam  i ruszyłam do swojego namiotu. Zbitka materiału  zapewniała jedynie prywatność, nie mały luksus. Skromne wnętrze zapełnione jest tylko dwoma kocami,  wypchanym plecakiem  z  zapasowym ubraniem  i miską z zimną wodą. Rozebrałam się do podkoszulka i przemywałam twarz kiedy usłyszałam dzwonek w swojej bluzie. Wytarłam się i wyjęłam telefon komórkowy, kolejny  rzadki nabytek. Na  wyświetlaczu migotał znajomy numer.
Po krótkim wahaniu odebrałam.
Cześć - usłyszałam przyjemny męski głos - Wiele ryzykujesz.
- Ty bardziej. Masz dobre  wieści? - W słuchawce zapadła cisza.
Nadal cię szuka. Wczoraj wywinąłem się przypadkiem. Nie wiem ile jeszcze będę wstanie go zwodzić - Odezwał się w końcu.  - I kiedy skończy mu się cierpliwość.
Spuściłam wzrok.
- Nie chcę żeby zrobił ci krzywdę - powiedziałam, czułam jak łza spłynęła  mi po policzku. - Powiedz mu.
Nie zrobię tego. Zresztą, nadal  nie wiem gdzie możemy cię znaleźć, nie? - Odpowiedział ze śmiechem. - Nie martw się.
Mimo woli uśmiechnęłam się. Mogła bym mu powiedzieć,  zaproponować żeby do  mnie dołączył i razem ucieklibyśmy jeszcze dalej..
Kusząca propozycja - zaśmiał się jakby czytał moje myśli - Ale tylko doprowadził bym ich do  ciebie. Wiem że mam ogon. A ten ogon ściga groźniejszy drapieżnik. 
Zmarszczyłam twarz w grymasie niesmaku.
- Więc nie wychylaj się. Bez względu na zobowiązania, będę  siedział cicho. - słyszałam stanowczość w głosie. - Nie martw się.
Dodał i rozłączył się. Westchnęłam głośno i przykucnęłam na piętach. Martwiłam się. Bardzo.
W końcu nie miał żadnych powodów żeby się tak poświęcać.. i nadal nie potrafię zrozumieć co mu odbiło.

***


***

Ale wiem że mogę mu ufać, tak jak nikomu. W końcu Varckore mnie szuka żeby zabić albo wykorzystać. Miraz szuka mnie żeby zabić. Oczywistym wyborem było by przystanie na warunki pierwszego, co jednak nie zmienia faktu że bezpieczniej jest schować się i przeczekać burzę.
Tylko że ta burza trwa i jakoś nie ma zamiaru przestać.
Zamknęłam oczy i spróbowałam wyciszyć gonitwę myśli. Nie udało się. Zrezygnowana  położyłam się pod kocami i porządnie zawinęłam.
Tej nocy miałam wiele niespokojnych snów.

wtorek, 22 grudnia 2015

Rozdział: Miraz

Lord z blaszanego stołu pochwycił nóż i pochylił się nad wykończonym jeńcem, złapał go mocno za szczękę i uśmiechnął się kiedy mężczyzna zadrżał. Miraz objął oburącz rękojeść i wbił broń w skatowanego.
Ostrze trafiło pod żebra, pociekła krew. Pewnym ruchem zaczął ciąć w stronę drugiego boku. Jeszcze więcej krwi, zalała Lordowi ręce. Ranny wydał dźwięk bliski kwileniu, rzężeniu i ochrypłemu krzykowi. Szarpnął się w ostatniej próbie ratunku ale dwóch silniejszych żołnierzy unieruchomiło go. Miraz wyciągnął nóż z ciała i z zadowoleniem odłożył na stół.
Zrobił swoje, pojmany (nie zapamiętał jego imienia, bo i po co?) był bezużyteczny i męczący. A wieści którymi mógł czy też powinien a nie chciał się podzielić, nieaktualne. W ciągu ostatnich  kilku dni jego żołnierze wzięli żywcem nowych ludzi którzy mogli być skorzy do współpracy. Wyszedł więc z pokoju zostawiając wciąż kwilącego oficera royal powolnej, bolesnej śmierci.
Na korytarzu czekał  na niego Bruce, jego prywatny chodzący arsenał broni. Jeden człowiek robiący za   ochronę to lekkomyślny pomysł ale Lord nie tolerował licznej świty wokół siebie. Bruce podał mu ręcznik do rąk i obaj ruszyli do wyjścia z piwnic gmachu.
Budynek był ogromny, kunsztownie zdobiony. Korytarzem wyłożonym beżowymi kafelkami skierowali się do głównego holu. Odznaczały się liczne okna z rozsuniętymi kotarami w ciepłej zieleni, ze złotymi sznurami i klamrami. Stiukowe kolumny z bazą i głowicą ozdobionymi ornamentami roślinnymi łączyły łukowate sklepienie z misternie wykonanymi freskami. Przedstawiały legendy rodu Mongesternów i powstanie świata więc Lord umyślnie unikał patrzenia na sufit. Mijali białe rzeźby mężczyzn z mieczami oraz kobiet w pofałdowanych szatach i pozie uwielbienia. Szczególnie jeden z posągów przykuwał uwagę Lorda ilekroć pokonywał tę trasę.
Był to duży cokół na którym w grymasie bólu konał mężczyzna w rynsztunku. Pod prawą dłonią leżał złamany miecz a lewą ręką osłaniał się. Nad umierającym stał drugi mężczyzna, również dzierżył miecz  ale unosił go w geście ostatecznym. Był odziany w zbroję a za plecami rozpościerały się skrzydła, upierzone jak u drapieżnego ptaka. Martwe oczy figur wyrażały buńczuczność i gniew.
Ale nie wyróżniał ich akt okrucieństwa, znacznie większe wymiary rzeźby czy smuga światła padająca na nią. Wyróżniał ją fakt że za każdym razem, w tym świetle, Miraz widział mgnienie młodej kobiety stojącej pośród wirującego kurzu i ze szczerym zainteresowaniem przyglądającej się postaciom.
 Saeth zmierzyła figury wzrokiem.
- Do bogowie współczesnego świata? - Spytała.

- Starożytnego - odpowiedział Miraz czytając tablice na postumencie - Bardzo, bardzo starego. To Stworzyciel i Niszczyciel.
Stanął za dziewczyną i dotknął jej kruczoczarnych kosmyków. Podniosła dłoń i palcem wskazała na górującego człowieka.
- Niszczyciel - powiedziała i wskazała na leżącego - Stworzyciel.
On uśmiechnął się w jej włosy.
- Na odwrót - poprawił ją.
Saeth długo nie odpowiadała.
- Nie rozumiem - orzekła.
Miraz chwycił dłoń którą opuściła i powtórzył jej gest.
- Stworzyciel. On jest głową rodu Mongesternów. W każdym pokoleniu jest jeden Mongestern. Uważają się za bogów i władców tego świata. Ale wkrótce przestaną nimi być - pomyślał chwilę - Nie uczyli cię tej bajki w szkole?
Zaśmiał się lekko. Odwróciła głowę i spojrzała na niego błękitnymi oczami. Przywodziły mu na myśl wody pokryte lodem i szronem a skośny kształt mówił o domieszce obcej krwi. Uśmiechnęła się kącikami ust.
- Urodziłam się na ziemiach innego boga - odparła równie lekko. Wspięła się na palce i oddała szybki pocałunek.
Na wspomnienie ciepła i miękkości jej ust przebiegł Miraza dreszcz. Wzdrygnął się.
- Lordzie? - Spytał Bruce widząc jego reakcję.
- Nic, nic - mruknął w odpowiedzi. Widok dziewczyny zniknął równie szybko jak się pojawił i Miraz wiedział że to przemęczony umysł płata mu figle. Minęli rzeźbę i wkrótce dotarli do foyer.
Kamienną posadzkę oświetlał krąg światła padający za szklanej kopuły. Podwójne schody prowadziły na, podtrzymywane przez skryte w cieniu kolejne kolumny, otaczające piętro tarasy a te z kolei do licznych korytarzy i zagospodarowanych pokoi.
Tutaj kręciło się znacznie więcej ludzi. Biegali między gabinetami na parterze i piętrze a budynkami na dziedzińcu. Na placu odbywała się musztra oddziałów rebelianckich i nawet kilka drużyn minęło Lorda w milczeniu pochylając głowy. Był to cichy znak szacunku.
Miraz skierował się na schody. U szczytu czekał jego drugi najwierniejszy człowiek, Sundeep.
Zazwyczaj był cichy ale umysł miał nieprzeciętny. I umiejętności, był wyjątkowo utalentowanym szpiegiem. Lord podświadomie czuł nowe wieści.
- Lordzie - mężczyzna skinął głową - Discus wrócił. Kapitan prosił o przyjęcie, czeka w pańskim biurze.
- No cóż - odpowiedział zwięźle Lord.
Szpieg skierował się do własnych obowiązków a Miraz, do swoich pokoi.
Te pokoje były w gruncie rzeczy łazienką w przybocznym pomieszczeniu łączoną z biurem w pomieszczeniu głównym. W zamierzeniu miało być sypialną jednak mężczyzna życzył sobie by łóżko i wszelkie komody wynieść do innej części gmachu, praktycznie nie używanej. Zamiast tego wstawiono tu biurko, stojące frontem do okna, zasłoniętego burą, grubą zasłoną. Również prostokątny stół na środku pokoju, zagracony książkami, księgami i stosami papierzysk, kanapę pod lewą ścianą i dwa fotele. Po przeciwległej,  w ścianie płonął ogień w kominku. Brązy i światło mogło dawać poczucie ciepła  choć w rzeczywistości były zimne i ciemne.
Wchodząc do pokoju Lord spojrzał wyczekująco na gościa. Stojący przy stole mężczyzna wyprostował się następnie skłonił.
Był bliski trzydziestki. Bladej skóry, ciemnych krótko ściętych włosach, ogolony. Z jasnymi oczami. Zimnymi, martwymi oczami które należą do człowieka zabijającego z czystą przyjemnością i pragnącego krwi. Miraz przyłapał się na zaskoczeniu, choć wiedział że wyraz twarzy go nie zdradzi.
- Generał Dieter, nie spodziewałem się - zwrócił się chłodnym tonem - Przekazałem instrukcje..komu innemu.
- Tewnon nie żyje. Jego podoficer i większa część grupy również. Przejąłem resztę ludzi i razem wynieśliśmy wszystkie akta do których mieliśmy dostęp - zawahał się na chwilę - Zaskoczył nas najemnik.
Dieter odsunął się od mebla ukazując dwie leżące tam aktówki. Przez krótką chwilę zmierzył swojego pracodawcę i lubieżnie skierował wzrok na świeże plamy.
- Zaskoczył? - spytał Miraz, widząc spojrzenie podwładnego ruszył do łazienki - Najemnik?
Krzyknął z oddali. Zostawił otwarte drzwi i odkręcił ciepłą wodę w umywalce.
- Trzech - odparł twardo z pokoju - Myślę że Mongerstern wiedział o sprawie.
- Obawiam się że ostatnimi czasy tracić czujność - Skomentował Lord.
Z ciągnął z siebie mokrą od posoki koszulę, rzucił ją na stos innej bezużytecznej odzieży i zaczął obmywać tors z czerwonego brudu.
- A podejrzenia odnośnie wrogiego wywiadu pod moim nosem to poważna sprawa - odkrzyknął twardo Lord i udał zatroskanie - Zresztą ostatnio robiłem czystki.
Usłyszał cichy chichot mężczyzny. Miraz nawiązał do brutalnego potraktowania wszystkich, aczkolwiek   niewielu, zwiadowców wrogiej strony którzy mieli jeszcze dość  odwagi by plątać mu się pod nogami. Albo  głupoty, przyszło mu  namyśl. W końcu nie dożyli świtu. A gdyby dożyli, to w  trwałym  kalectwie. Nie było w  tym nic zabawnego ale trudno spodziewać się po takim typie innej reakcji.
- Zabawne. A teraz mów wreszcie - nakazał żołnierzowi - Co z kobietą?
- Lordzie - Dieter natychmiast spoważniał i choć Lord nie widział go z toalety wiedział że tamten skłonił się znowu - Pojawiły się komplikacje...
- Komplikacje! Komplikacje to odwieczna wymówka - prychnął na podwładnego z dystansu - Usunęliście ją?
- Nie, Panie - odparł z konsternacją - Tamci...
Miraz machnął ręką żeby żołnierz zamilkł ale tamten też go nie widział. Przerwał mycie i ciężko pochylił się nad umywalką. Ciało ogarnął chłód. Zimny prąd przeszył go wzdłuż kręgosłupa i raził aż po opuszki palców.
- Żyje? Seath nadal  żyje? - podniósł głos. Zaczął drżeć. Przez zamglony wzrok widział różowe i czerwone smugi na porcelanie.
- Nie wiem. Tewna zestrzelili zanim zdążył zabić to Ścierwo. Zabrałem stamtąd ludzi kiedy Imperium otworzyło ogień.
Smugi prosiły żeby widział w nich krew Saeth... Ale to nie była jej krew. Próbował się otrząsnąć. Saeth żyła. Nie umarła z dziurami po kulach w ciele, nie padła twarzą w plamy krwi. Supeł strachu i goryczy oplatający go do tego dnia w wnętrznościach i zewsząd na ciele, zelżał. Saeth żyła i była to świadomość kojąca, ciepła i miękka, delikatna jak jej wargi i ich dotyk...
 - Szukali jej, mogli nas wyręczyć - Dieter wciąż relacjonował, barwiąc ton kpiną - Chociaż szczerze wątpię...Zdetonowaliśmy wieżowiec. Nie możliwe żeby to przeżyła. I Tamci też mogli zginąć.
Miraz był jednak daleko, czuł...Uczucie było tak silne że wręcz bolesne. Bolało jakby to jego samego rzucono na stół wyłożony wszystkim co ostre i pasowało do hasła "broń". A czy ona sama tego nie poczuła? W tej myśli zobaczył rzucone ciało kobiety lecącej na narzędzia... A zasłużyła, to wiedział i gniew, ból, zdrada i furia zalały go falą jednocześnie.
Wytarł się ręcznikiem i porwał białą koszulę z czystej kupki. Zapinając guziki, wściekły wypadł z łazienki.
Tak bardzo chciał się opanować! Powinien teraz trzeźwo myśleć, tymczasem pozwalał sobie tracić panowanie i to z czyjego powodu? Dieter miał słuszność. To Ścierwo. Nielojalne, niezdecydowane, słabe, niewierne...Ciiicho...
Nabrał z sykiem powietrza. Zdenerwowany potarł czoło. Usunięcie jej było najlepszym rozwiązaniem dla sprawy. Nie dla mnie, słyszał cichy głosik. A już prawie uwierzył sobie że nie ma do niej żadnej słabości...
- Dopilnowałem aby była odcięta od jakiejkolwiek formy kontaktu z tą plagą. A jednak nie mamy żadnej pewności czy najemnicy nie przyszli jej z pomocą. Zdajesz sobie sprawę jak mnie to bardzo komplikuje plany? - oznajmił przez zęby -  Powinieneś tam zostać i zadbać żeby więcej nie wstała. Choćbyś miał wystrzelać całą amunicję! I sam zdechnąć. Co więcej, dopilnować żeby rozkaz tamtej trójki był ostatnim za jaki się wzięli. Rozumiesz?
Powiedział dobitnie i zmroził mężczyznę wzrokiem. Dieter pokręcił twierdząco głową.
- Powinienem wiedzieć o czymś jeszcze? - spytał Lord. Żołnierz pokręcił przecząco
- Dobrze. Twoja kompetencja jest wysoce niezadowalająca - rzucił Miraz bardzo obiecującym tonem - Wynoś się.
Generał napiął mięśnie i wyszedł sztywnym krokiem. Życzył sobie by Ścierwo było żywe. Z całego serca chciał by umierała powoli i męczarniach i ten ból zada jej osobiście. Uśmiechnął się okrutnie. Zbyt wiele długów musi mu spłacić i już zbyt długo cieszyła się przywilejami od Lorda Miraza.
Tymczasem świat się zatrzymał. Lord podszedł do jednego z foteli i opadł na miękkie poduszki. Przetarł rękami twarz, włosy i zapatrzył w tańczący płomień w kominku. Kiedy odjął je od głowy nieświadomie zaczął obracać złotą obrączkę na prawej dłoni.
Przez gasnący gniew wzbierała nadzieja i rozpacz. I tak bardzo za nią tęsknił.
Co zrobili źle?

piątek, 20 listopada 2015

Rozdział: Saeth

Saeth patrzyła na płomienie trawiące miasto w dole. Dzieliła ją gruba szyba nagrzana od żaru. Przyłożyła rękę do szkła i napawała się uczuciem ciepła. Z nad ognia, ku  niebu  unosił się dym tak czarny i gęsty że dojrzenie czegokolwiek na wyciągnięcie ręki graniczyło z niemożliwym, to uniemożliwiło samolotom kolejne naloty. Bombardowania się skończyły ale zebrały obfite żniwo. Teraz w ciemnej zasłonie błyskały granaty potęgujące chaos. Odgłosy strzelaniny i huki detonacji, krzyki ginących i tych którzy uciekali, tłumione były  przez okno.
Czekała. Na co? Może na ostateczny wyrok?
Na korytarzach toczyła się krzątanina dobrze zorganizowanego zespołu. Mieli nie wiele czasu i zależało im żeby szybko uporać się ze zleconym zadaniem. Oficjalnie miała nadzorować przebieg ewakuacji poufnych materiałów z tego szklanego wieżowca. Przez chwilę poświęciła uwagę na zgadywanie co też aż tak cennego mogą w sobie kryć jeżeli głowa rebelii nie chce by sfajczyły się tak jak ta mieścina. Przez ostatnie kilka lat nie znalazła się tutaj na tyle blisko by poznać pracę komórki która przejęła Los Hjal.
Ostatnia bieganina ucichła.
 W drzwiach stanął dowódca rebelsów i chrząknął nagląco. Kobieta wypuściła głośno powietrze które jeszcze chwilę temu nieświadomie nabrała. Odwróciła się od okna i potulnie ruszyła za nim w stronę  głównych schodów i dalej w dół. Windy odmówiły już posłuszeństwa. Przy każdym kroku budynek skrzypiał od nadpalonych fundamentów. Szklana i metalowa konstrukcja dawała pewną przewagę nad pożogą aczkolwiek zawalanie i zajęcie przez oszalały żywioł było tylko kwestią czasu.
Zatrzymali się dopiero na piętrze drugim. Hol jarzył się barwami pożaru z ulic a z parteru za rozbitego szkła niosła się  narastająca panika na bulwarze.
Saeth rozejrzała się po stojących tu uzbrojonych żołnierzach. Wszyscy wyglądali tak samo, jak lojalni fanatycy gotowi wskoczyć w  ogień na zewnątrz, byle zadowolić swojego  Pana. Poznała jednego z nich pomimo pasa materiału zasłaniającego im twarze. Widziała oczy, żywe  lecz zimne, okrutne. Dieter, stał z tyłu i patrzył na nią z pogardą.
Ten  z którym tu przyszła podciął jej nogi. Upadła na kolana  i podparła się rękami. Momentalnie rozniósł się trzask ładowanej broni a z tyłu głowy poczuła chłód i nacisk ciężkiej lufy. Drugą przyłożono jej do skroni. Odetchnęła głęboko po raz drugi. Zamknęła oczy. Myśli potoczyły się w kierunku przemyconego pistoletu, wiedziała jednak że straciła już szansę.
Nie oficjalnie Władca tychże  fanatyków dopilnował by ta egzekucja wyglądała na wypadek.
Sekunda, dwie. Żołnierze naciągnęli  już spust  i rozległ się strzał.
***
Ucisk na potylicę zelżał. Na ziemię u jej boku pacnęło ciężkie ciało.
Drugi z  żołnierzy zawahał się patrząc na martwego dowódcę i  po chwili i jego trup uderzył o podłogę.
Zaintrygowana rozejrzała się po hali. Kilkoro z oddziału mierzyło  już w stronę z której strzelano i od razu oddano nawzajem pociski.
Niemal natychmiast padła na brzuch  i przeczołgała się pod przeciwległą ścianę podczas gdy wokół zbierał się biały dym a odgłosy kanonady przybierały na sile. Skuliła się w kłębek i patrzyła jak trzech ludzi powoli wychodzi z cienia za schodami, po jej lewej podczas gdy kolejni mężczyźni z którymi tu przyszła padali  od kul. Zobaczyła Dietera jak przegrupował pozostałych i wybiegł z nimi bocznym korytarzem, najpewniej po to by ocalić swoją pierwotną misję.
Nowi strzelcy przerwali ogień najwyraźniej nie pewni co teraz robić. Tylko jeden zaczął  powili przeglądać leżące ciała. Te które leżały twarzą do ziemi brutalnie kopał aż się odwróciły i nie znalazłszy tego czego szukał szedł dalej. W końcu ruszył powoli przed siebie lustrując główny korytarz. Schody prowadzące w dół były naprzeciw, kilka metrów dalej a strzelec zastępował jej drogę do nich. Te prowadzące na góre były zaraz obok. Nie ruszyła się choć wiedziała że za chwilkę będzie dość widoczna. Snajper właśnie wolnym ruchem przesuwał padający snop światła wzdłuż ściany. Skierował go na nią i wycelował lufę, dzieliła ją jedna reakcja od śmierci. Otworzył ogień kobieta poderwała się do biegu na górne piętro. Pod nogami czuła odpryski betonowych schodów kiedy jeszcze próbował trafić za celem.
Skręcała kolejno na wyższe piętra nie wiedząc wcale gdzie szukać wyjścia, ratunku.
Zatrzymała się żeby złapać oddech a miarowy bieg uzbrojonych kilerów niósł się za nią. Zmieniła strategię  i  kierunek. Prosto, w  lewy korytarz, znowu prosto. Po zewnętrznej stronie budynku, wzdłuż ogromnych okien z widokiem na  piekło i dalej na ślepo w korytarze. Wszystko mijała w rozbiegu i miała nadzieję że tamci pobiegną trasą na górę.
Budynek w ciągu jednej chwili  zatrząsł się aż szyby zadzwoniły. Upadła przebiegając przez pomieszczenie biurowe. Poczuła jak pod własnym ciężarem drapacz przechyla się. W jednej chwili straciła całą pewność co do planu ucieczki. Wstała i wolnym truchtem ruszyła w jedną z ostatnich kondygnacji. Stanęła przed czarnymi  wahadłowymi drzwiami i po krótkim wahaniu weszła do środka.
Kolejna duża  sala konferencyjna. Zaklęła. Po środku stał podłużny, dębowy stół  i kilka powywracanych krzeseł. Z pokoju nie  było lepszego wyjścia od skoku przez okno.
Podeszła do stołu i klęknęła pod nim. Minęła minuta i drzwi odtworzyły się ponownie. Ze swojej  kryjówki widziała mężczyznę ale o dziwo, nie poczuła strachu. Nabrała niemal przerażającego spokoju który towarzyszył jej już przy wyglądaniu na miasto. Zabójca  poprawił ciężki karabin na ramieniu i oddał kolejne strzały w blat.
Trzask drewna i przebijające się  kule zagrały ponownie.
Dlaczego  chcę uciekać? Walczyć?
Cała ta akcja to kwestia  niespełna dwudziestu minut. Czy jeszcze dwadzieścia minut temu nie była  gotowa biernie dać się zastrzelić? Syknęła gniewnie.
Myśli uparcie chciała zasnuć mgła wspomnień, bólu i gniewu, upokorzenia. Próbowała zebrać je, upchnąć gdzieś głęboko. Wyrwać się.
Odezwał się  głuchy łomot  rzucanej ciężkiej broni i po chwili kolejny, wahadłowych drzwi.
Najwyraźniej najemnik wpadł tutaj samotnie a teraz dołączył do niego drugi. Znów zaświtała jej w głowie broń. Tych tu było mniej. Wyjęła kieszonkowy pistolet z większej sakiewki przywiązanej do paska, załadowała i odbezpieczyła. Wychyliła się spod stołu żeby dostrzec pozycje przeciwnika, tylko że to oni zobaczyli ją i ponowili ostrzał. Zdenerwowana szukała nowego rozwiązania. Może jednak skok z okna? Nie, skreśliła ten plan kiedy tylko zaświtał. Aż taką desperatką nie jestem, pomyślała.
Po pomieszczeniu rozległy się kroki, faceci zaczęli okrążać stół. Powoli zbliżali się do szczytu a to jest  równoznaczne z pułapką.. lub szansą. Może mnie nie doceniają. Oby nie. Zmieniła pozycję z siedzącej na koczowniczą. Prawa, lewa, prawa, lewa... Jeden magazynek, sześć naboi, nie mniej nie więcej.
Prawa. Kroki ucichły, za rogu wychynął czubek buta. Jednym susem skoczyła na mężczyznę, złapała za lufę karabinku i wyrwała ku sufitowi kiedy strzelił. Impet zmusił typa do cofnięcia się więc uderzyła go kolbą w bok głowy  i strzeliła dwie kule pod stopy. Wywrócił się a Saeth go przeskoczyła. Facet po przeciwległej  stronie mebla wypalił w nią kiedy  poderwała się  do wyjścia. Nie poświęcając uwagi oddała trzy kulki w odwecie. Nie widziała niczego po swojej lewej.  Na korytarzu gorączkowo rozejrzała się i ruszyła w kierunku w którym mogła by znaleźć główne schody. Nie wierząc we własne szczęście szybko na nie trafiła. Skoczyła w dół co dwa stopnie. W pół drogi wpadła na trzeciego gościa, z którym mało się nie sturlała. Podniósł już na nią broń kiedy odruchowo zaciągnęła cyngiel.
Nie!
Odrzut był niewielki a mężczyzna padł  na twarz z dziurą w klatce piersiowej.
Pierwsza była pustka. Zaraz po tym szok. I drżączka. Zacisnęła powieki żeby nie wiedzieć zlewającej się po stopniach  krwi i po omacku ruszyła dalej. Przed oczami został ten obraz.
Zatrzymał ją pikający dźwięk. Rozejrzała się  po cichym drapaczu. Już to kiedyś słyszała.
I rozległ  się grzmot.
Jaskrawe światło, ogromny wstrząs i  ogłuszający huk.
Siła wybuchu posłała kobietę ze stopni w głąb  hali. Cały budynek się zatrząsł i zaczął jęczeć. Z sufitu sypał się tynk i gruz. Potem trzask pękających szyb i brzdęk setek tłuczonych okien.  Do środka wdarła się z zewnątrz fala gorąca, dymu i popiołu mieszając i dusząc z tym po detonacji. Czuła każdy wstrząs naruszonej konstrukcji, ta zaczęła się łamać i walić. Nie słyszała ognia ani kaszlu którym się zaniosła. Kolejne wdechy rozrywały płuca. Zamknęła oczy.
Nie wiedziała na ile straciła przytomność. Obraz się nie zmienił.
Spróbowała się podnieść ale ostry ból w boku spotęgował katusze na ciele. Wywróciła się  i spróbowała odczołgać. Kolejny cios. Napad kaszlu. Ktoś mnie kopie. Winny znajdował się poza polem widzenia ale słyszała głośny szmer. Boże drogi, wracał mi słuch? Balansowała na granicy świadomości.
Oprawca też wrócił, pociągnął Saeth za włosy do pozycji siedzącej, kopnął  trzeci raz (wydała dźwięk między jękiem i charczeniem) i wyrzucił. Kobieta upadła na coś ostrego i boleśnie poprzecinała sobie dłonie.
Oczy zalały łzy, zakleił popiół.  Przez zmrużone powieki widziała plamy i chybotliwą wizję. Zarejestrowała dźwięk  bliski uderzeniu i kolejny z odgłosem pęknięcia. Podniosła się na klęczki.
Kat wrócił i złapał ją za gardło. Poczuła jak traci  grunt pod nogi i ostatnie tchnienia. Zadrgała nogami w powietrzu i przestała widzieć.
Ocknęła się kiedy znów spadła na twardy beton i znów zemdlała.

Może gdyby zdołała zostać przy przytomności zobaczyłaby jak blisko ramy okna na  trzecim piętrze leży. I pojęłabym że wypadnięcie przez tę ramę skutkuje śmiercią.
Ale ona już nie myślała.
***
Seath ocknęła się  na ziemi, w ciemnościach. Spierzchnięte wargi zdradzały duże pragnienie. Poczuła natarczywe policzkowanie i  zimny, mętny płyn spływający po gardle. Oblizała usta i zamrugała kilkakrotnie. Prawy profil twarzy raził ciepły poblask a obolałe ciało wciąż dawało się we znaki. Wokół panowała cisza, nie licząc grania cykad i posykiwania ze strony lśnienia. Słyszała dobrze. Zdrowym okiem widziała wyraźnie jarzące się ostro gwiazdy na granatowym niebie. A na ich tle ciemne oczy oświetlone pomarańczowym lśnieniem na schowanej w cieniu twarzy. Oczy wpatrywały się w nią  z  apatią.
Kobieta poruszyła palcami kilkakrotnie. Poczuła pieczenie na nieregularnych kreskach i obrzęk wokół nich, dłonie lepiły się. Niechętnie podniosła się do pozycji siedzącej. Ostry ból  przeszywający czaszkę powoli ustępował. Rozejrzała się wokół i skupiła uwagę na zbitce szmat  leżących niedaleko niej.
Nie, to ciało. Człowiek miał na  prawym ramieniu owinięty jasny  kawał płótna, miejscami przebarwiony zaschniętą już krwią.
Najemnik
Gwałtownie cofnęła się w tył, odsuwając się od  niego  możliwie najdalej.
- Spokojnie. Jest nieprzytomny - ten  klęczący przy niej odezwał się przez nos.
Seath nie zabrała głosu. Spojrzał na nią i odjął szmatkę którą, jak zauważyła, wstrzymywał krwawienie z twarzy.
- Jesteś  głucha? - spytał z cmoknięciem - Ładunki musiały dać ci  nieźle w  kość. Były  mocne.
Pokiwała przecząco głową, odczuła miliardy wbitych szpilek. Mocne. 
Zwróciła uwagę na jego rozciętą wargę i ciemny strumyczek cieknący z nosa.
- To dobrze. Jego - uśmiechnął się i wskazał kciukiem na leżącego - Ogłuszyłem go kiedy zaczął sprawiać problemy. Nadal będzie je robił. Nie mogę go jednak usunąć, to nie etyczne.
Powiedział i znów przytknął szmatkę.
- Chyba nie  myślisz... że cię wyręczę - odpowiedziała po chwili. Jej głos zdradzał wahanie - Skończyły mi się kule.
Odwrócił się do niej i złapał jej spojrzenie. Na twarz kobiety wystąpił rumieniec. Schyliła więc głowę i podciągnęła nogi żeby ukryć zażenowanie. Badał ją wzrokiem jeszcze chwilę.
- Nie masz swojej zabawki. Została gdzieś pod gruzem - zgasił ją - Zresztą, już swoje zrobiłaś.
Pomyślała o obcym człowieku któremu odebrała życie, o tym kogo musiał zostawić. Czy miał własną rodzinę? I jak bliski był swoim towarzyszom...
Wiedziała że obcy również o nim myśli.
Wstał i oddalił się od niej. Kuśtykał. Spojrzał przed siebie na syczący blask.
- Piękne, prawda? - zwrócił jej uwagę. Bez drwiny, sarkazmu. Po prostu stwierdził fakt. Podążyła za  jego spojrzeniem.
To na  co patrzył  było pogorzeliskiem.  Ogromna  połać spalonej ziemi przykryta grubą warstwą sadzy i szarym popiołem. Zawalone szkielety budynków i rozsypany gdzieniegdzie gruz. Wzdłuż zgliszcz dało się zauważyć zwęglone szczątki ofiar podpaleń. Zbite w kupki żarzące się strzępy odzieży i ciał. Dopiero teraz dotarła do niej woń spalenizny. Centrum miasta i wyższe budynki nadal zżerał raz rozpalony żywioł, reszta już się zawaliła.
Widok był okrutny. Obrzydliwie przyprawiający o mdłości, katoński. Ale piękny.
Rozszalałe płomienie liżące każdy fundament, ognisty wiatr rozpylający każdą iskrę. To ciepło i siła.
- Piękne barbarzyństwo - stwierdziła cicho.
- Myślisz tak bo twój kochaś tak myśli - może to pytanie, może kolejny fakt. Saeth jednak zawładnęły silne emocje - Wolicie zniszczyć wszystko niż pozwolić żeby roylas zarobiło punkty. Tam zginęli ludzie. Setki niewinnych ludzi.
Znów przykuł ją spojrzeniem. Widziała gniew i odrazę w ciemnych oczach barwionych łuną ognia.
Wytrwała. Ale ogarnął ją smutek i żal. I zmęczenie. Nie tylko fizyczne,  przede wszystkim poczuła się wyczerpana psychicznie. Po tylu latach zwątpienie i poczucie braku sensu w tym wszystkim nabrało nowej   siły. W końcu odwróciła głowę i skupiła spojrzenie na jednej z gwiazd.
- To była pułapka. To wszystko to pułapka - wykonała nieokreślony ruch ręką - Kto cię na mnie nasłał?
- Myślę że wiesz - odpowiedział.
- Myślę że się domyślam - zripostowała - Czemu mi pomogłeś?
Najemnik nie odpowiedział. Podszedł do towarzysza i zauważyła jak sprawdza jego stan. Leżący mężczyzna poruszył się nie spokojnie i instynktownie złapał za postrzelone ramie.
- Wkrótce się obudzi a to  znaczy że muszę iść - zwrócił się do niej - Jeżeli pójdziesz na wschód, z wiatrem to za kilka dni dojdziesz do sąsiedniego miasta. Granic nie strzegą więc łatwo przejdziesz i wtopisz się tło.
Pochylił się nad facetem. Zabezpieczył jego broń, chwycił za udo i pewnym ruchem przerzucił sobie na barki. Oboje przy tym stęknęli. Saeth również wstała.
- Czemu mi pomogłeś? - ponowiła pytanie.
Żołnierz dalej milczał. Upuścił wolną rękę i zaczął nią grzebać w kieszeni umundurowania. Wyjął z niej mały przedmiot, owalny i spłaszczony. Kształtem przypominał kamień ale wyróżniał się w pełni zmechanizowanym wyglądem. Potarł go delikatnie kciukiem i nacisnął kilka razy.
- Zobaczę cię jeszcze? - spytała lekkomyślnie. Mężczyzna zaczął budzić w niej sympatie. I zaufanie.
Za jego plecami zagięła się przestrzeń jak marszczone powietrze. Rozbłysła matowym miętowym blaskiem i otworzyła taflę turkusowej barwy. Most.
Saeth westchnęła cicho. Urządzenie do przeskoków do rzadkość.
Schował pilot i wymienił na kolejny. Rzucił jej srebrny przedmiot. Spojrzała zdziwiona na zwykłą komórkę.
- Może - odpowiedział wymijająco - I może kiedyś zadzwonię. Powodzenia.
Uśmiechnął się przepraszająco i wszedł w wir. Zdążyła zapytać go o imię.
- Fared - odpowiedział.
Tafla załamała się zamykając portal i zostawiając ją na ciemnej polanie samą.
Posłała ostatnie spojrzenie na resztki zrównanego z ziemią Los Hjal. Objęła ramiona poranionymi rękami po czym zmusiła nogi bo ruszyły z wiatrem w stronę bezpiecznej przystani, nie zważając na chłód i cisnący ból, a także za  radą łowcy, który nie miał serca Łowcy.

Dostała kolejną szanse.
I choć wiedziała że już się nie wypłaci, goniona przez wątpliwości, kłamców i morderców,
zamierzała ją wykorzystać.