piątek, 20 listopada 2015

Rozdział: Saeth

Saeth patrzyła na płomienie trawiące miasto w dole. Dzieliła ją gruba szyba nagrzana od żaru. Przyłożyła rękę do szkła i napawała się uczuciem ciepła. Z nad ognia, ku  niebu  unosił się dym tak czarny i gęsty że dojrzenie czegokolwiek na wyciągnięcie ręki graniczyło z niemożliwym, to uniemożliwiło samolotom kolejne naloty. Bombardowania się skończyły ale zebrały obfite żniwo. Teraz w ciemnej zasłonie błyskały granaty potęgujące chaos. Odgłosy strzelaniny i huki detonacji, krzyki ginących i tych którzy uciekali, tłumione były  przez okno.
Czekała. Na co? Może na ostateczny wyrok?
Na korytarzach toczyła się krzątanina dobrze zorganizowanego zespołu. Mieli nie wiele czasu i zależało im żeby szybko uporać się ze zleconym zadaniem. Oficjalnie miała nadzorować przebieg ewakuacji poufnych materiałów z tego szklanego wieżowca. Przez chwilę poświęciła uwagę na zgadywanie co też aż tak cennego mogą w sobie kryć jeżeli głowa rebelii nie chce by sfajczyły się tak jak ta mieścina. Przez ostatnie kilka lat nie znalazła się tutaj na tyle blisko by poznać pracę komórki która przejęła Los Hjal.
Ostatnia bieganina ucichła.
 W drzwiach stanął dowódca rebelsów i chrząknął nagląco. Kobieta wypuściła głośno powietrze które jeszcze chwilę temu nieświadomie nabrała. Odwróciła się od okna i potulnie ruszyła za nim w stronę  głównych schodów i dalej w dół. Windy odmówiły już posłuszeństwa. Przy każdym kroku budynek skrzypiał od nadpalonych fundamentów. Szklana i metalowa konstrukcja dawała pewną przewagę nad pożogą aczkolwiek zawalanie i zajęcie przez oszalały żywioł było tylko kwestią czasu.
Zatrzymali się dopiero na piętrze drugim. Hol jarzył się barwami pożaru z ulic a z parteru za rozbitego szkła niosła się  narastająca panika na bulwarze.
Saeth rozejrzała się po stojących tu uzbrojonych żołnierzach. Wszyscy wyglądali tak samo, jak lojalni fanatycy gotowi wskoczyć w  ogień na zewnątrz, byle zadowolić swojego  Pana. Poznała jednego z nich pomimo pasa materiału zasłaniającego im twarze. Widziała oczy, żywe  lecz zimne, okrutne. Dieter, stał z tyłu i patrzył na nią z pogardą.
Ten  z którym tu przyszła podciął jej nogi. Upadła na kolana  i podparła się rękami. Momentalnie rozniósł się trzask ładowanej broni a z tyłu głowy poczuła chłód i nacisk ciężkiej lufy. Drugą przyłożono jej do skroni. Odetchnęła głęboko po raz drugi. Zamknęła oczy. Myśli potoczyły się w kierunku przemyconego pistoletu, wiedziała jednak że straciła już szansę.
Nie oficjalnie Władca tychże  fanatyków dopilnował by ta egzekucja wyglądała na wypadek.
Sekunda, dwie. Żołnierze naciągnęli  już spust  i rozległ się strzał.
***
Ucisk na potylicę zelżał. Na ziemię u jej boku pacnęło ciężkie ciało.
Drugi z  żołnierzy zawahał się patrząc na martwego dowódcę i  po chwili i jego trup uderzył o podłogę.
Zaintrygowana rozejrzała się po hali. Kilkoro z oddziału mierzyło  już w stronę z której strzelano i od razu oddano nawzajem pociski.
Niemal natychmiast padła na brzuch  i przeczołgała się pod przeciwległą ścianę podczas gdy wokół zbierał się biały dym a odgłosy kanonady przybierały na sile. Skuliła się w kłębek i patrzyła jak trzech ludzi powoli wychodzi z cienia za schodami, po jej lewej podczas gdy kolejni mężczyźni z którymi tu przyszła padali  od kul. Zobaczyła Dietera jak przegrupował pozostałych i wybiegł z nimi bocznym korytarzem, najpewniej po to by ocalić swoją pierwotną misję.
Nowi strzelcy przerwali ogień najwyraźniej nie pewni co teraz robić. Tylko jeden zaczął  powili przeglądać leżące ciała. Te które leżały twarzą do ziemi brutalnie kopał aż się odwróciły i nie znalazłszy tego czego szukał szedł dalej. W końcu ruszył powoli przed siebie lustrując główny korytarz. Schody prowadzące w dół były naprzeciw, kilka metrów dalej a strzelec zastępował jej drogę do nich. Te prowadzące na góre były zaraz obok. Nie ruszyła się choć wiedziała że za chwilkę będzie dość widoczna. Snajper właśnie wolnym ruchem przesuwał padający snop światła wzdłuż ściany. Skierował go na nią i wycelował lufę, dzieliła ją jedna reakcja od śmierci. Otworzył ogień kobieta poderwała się do biegu na górne piętro. Pod nogami czuła odpryski betonowych schodów kiedy jeszcze próbował trafić za celem.
Skręcała kolejno na wyższe piętra nie wiedząc wcale gdzie szukać wyjścia, ratunku.
Zatrzymała się żeby złapać oddech a miarowy bieg uzbrojonych kilerów niósł się za nią. Zmieniła strategię  i  kierunek. Prosto, w  lewy korytarz, znowu prosto. Po zewnętrznej stronie budynku, wzdłuż ogromnych okien z widokiem na  piekło i dalej na ślepo w korytarze. Wszystko mijała w rozbiegu i miała nadzieję że tamci pobiegną trasą na górę.
Budynek w ciągu jednej chwili  zatrząsł się aż szyby zadzwoniły. Upadła przebiegając przez pomieszczenie biurowe. Poczuła jak pod własnym ciężarem drapacz przechyla się. W jednej chwili straciła całą pewność co do planu ucieczki. Wstała i wolnym truchtem ruszyła w jedną z ostatnich kondygnacji. Stanęła przed czarnymi  wahadłowymi drzwiami i po krótkim wahaniu weszła do środka.
Kolejna duża  sala konferencyjna. Zaklęła. Po środku stał podłużny, dębowy stół  i kilka powywracanych krzeseł. Z pokoju nie  było lepszego wyjścia od skoku przez okno.
Podeszła do stołu i klęknęła pod nim. Minęła minuta i drzwi odtworzyły się ponownie. Ze swojej  kryjówki widziała mężczyznę ale o dziwo, nie poczuła strachu. Nabrała niemal przerażającego spokoju który towarzyszył jej już przy wyglądaniu na miasto. Zabójca  poprawił ciężki karabin na ramieniu i oddał kolejne strzały w blat.
Trzask drewna i przebijające się  kule zagrały ponownie.
Dlaczego  chcę uciekać? Walczyć?
Cała ta akcja to kwestia  niespełna dwudziestu minut. Czy jeszcze dwadzieścia minut temu nie była  gotowa biernie dać się zastrzelić? Syknęła gniewnie.
Myśli uparcie chciała zasnuć mgła wspomnień, bólu i gniewu, upokorzenia. Próbowała zebrać je, upchnąć gdzieś głęboko. Wyrwać się.
Odezwał się  głuchy łomot  rzucanej ciężkiej broni i po chwili kolejny, wahadłowych drzwi.
Najwyraźniej najemnik wpadł tutaj samotnie a teraz dołączył do niego drugi. Znów zaświtała jej w głowie broń. Tych tu było mniej. Wyjęła kieszonkowy pistolet z większej sakiewki przywiązanej do paska, załadowała i odbezpieczyła. Wychyliła się spod stołu żeby dostrzec pozycje przeciwnika, tylko że to oni zobaczyli ją i ponowili ostrzał. Zdenerwowana szukała nowego rozwiązania. Może jednak skok z okna? Nie, skreśliła ten plan kiedy tylko zaświtał. Aż taką desperatką nie jestem, pomyślała.
Po pomieszczeniu rozległy się kroki, faceci zaczęli okrążać stół. Powoli zbliżali się do szczytu a to jest  równoznaczne z pułapką.. lub szansą. Może mnie nie doceniają. Oby nie. Zmieniła pozycję z siedzącej na koczowniczą. Prawa, lewa, prawa, lewa... Jeden magazynek, sześć naboi, nie mniej nie więcej.
Prawa. Kroki ucichły, za rogu wychynął czubek buta. Jednym susem skoczyła na mężczyznę, złapała za lufę karabinku i wyrwała ku sufitowi kiedy strzelił. Impet zmusił typa do cofnięcia się więc uderzyła go kolbą w bok głowy  i strzeliła dwie kule pod stopy. Wywrócił się a Saeth go przeskoczyła. Facet po przeciwległej  stronie mebla wypalił w nią kiedy  poderwała się  do wyjścia. Nie poświęcając uwagi oddała trzy kulki w odwecie. Nie widziała niczego po swojej lewej.  Na korytarzu gorączkowo rozejrzała się i ruszyła w kierunku w którym mogła by znaleźć główne schody. Nie wierząc we własne szczęście szybko na nie trafiła. Skoczyła w dół co dwa stopnie. W pół drogi wpadła na trzeciego gościa, z którym mało się nie sturlała. Podniósł już na nią broń kiedy odruchowo zaciągnęła cyngiel.
Nie!
Odrzut był niewielki a mężczyzna padł  na twarz z dziurą w klatce piersiowej.
Pierwsza była pustka. Zaraz po tym szok. I drżączka. Zacisnęła powieki żeby nie wiedzieć zlewającej się po stopniach  krwi i po omacku ruszyła dalej. Przed oczami został ten obraz.
Zatrzymał ją pikający dźwięk. Rozejrzała się  po cichym drapaczu. Już to kiedyś słyszała.
I rozległ  się grzmot.
Jaskrawe światło, ogromny wstrząs i  ogłuszający huk.
Siła wybuchu posłała kobietę ze stopni w głąb  hali. Cały budynek się zatrząsł i zaczął jęczeć. Z sufitu sypał się tynk i gruz. Potem trzask pękających szyb i brzdęk setek tłuczonych okien.  Do środka wdarła się z zewnątrz fala gorąca, dymu i popiołu mieszając i dusząc z tym po detonacji. Czuła każdy wstrząs naruszonej konstrukcji, ta zaczęła się łamać i walić. Nie słyszała ognia ani kaszlu którym się zaniosła. Kolejne wdechy rozrywały płuca. Zamknęła oczy.
Nie wiedziała na ile straciła przytomność. Obraz się nie zmienił.
Spróbowała się podnieść ale ostry ból w boku spotęgował katusze na ciele. Wywróciła się  i spróbowała odczołgać. Kolejny cios. Napad kaszlu. Ktoś mnie kopie. Winny znajdował się poza polem widzenia ale słyszała głośny szmer. Boże drogi, wracał mi słuch? Balansowała na granicy świadomości.
Oprawca też wrócił, pociągnął Saeth za włosy do pozycji siedzącej, kopnął  trzeci raz (wydała dźwięk między jękiem i charczeniem) i wyrzucił. Kobieta upadła na coś ostrego i boleśnie poprzecinała sobie dłonie.
Oczy zalały łzy, zakleił popiół.  Przez zmrużone powieki widziała plamy i chybotliwą wizję. Zarejestrowała dźwięk  bliski uderzeniu i kolejny z odgłosem pęknięcia. Podniosła się na klęczki.
Kat wrócił i złapał ją za gardło. Poczuła jak traci  grunt pod nogi i ostatnie tchnienia. Zadrgała nogami w powietrzu i przestała widzieć.
Ocknęła się kiedy znów spadła na twardy beton i znów zemdlała.

Może gdyby zdołała zostać przy przytomności zobaczyłaby jak blisko ramy okna na  trzecim piętrze leży. I pojęłabym że wypadnięcie przez tę ramę skutkuje śmiercią.
Ale ona już nie myślała.
***
Seath ocknęła się  na ziemi, w ciemnościach. Spierzchnięte wargi zdradzały duże pragnienie. Poczuła natarczywe policzkowanie i  zimny, mętny płyn spływający po gardle. Oblizała usta i zamrugała kilkakrotnie. Prawy profil twarzy raził ciepły poblask a obolałe ciało wciąż dawało się we znaki. Wokół panowała cisza, nie licząc grania cykad i posykiwania ze strony lśnienia. Słyszała dobrze. Zdrowym okiem widziała wyraźnie jarzące się ostro gwiazdy na granatowym niebie. A na ich tle ciemne oczy oświetlone pomarańczowym lśnieniem na schowanej w cieniu twarzy. Oczy wpatrywały się w nią  z  apatią.
Kobieta poruszyła palcami kilkakrotnie. Poczuła pieczenie na nieregularnych kreskach i obrzęk wokół nich, dłonie lepiły się. Niechętnie podniosła się do pozycji siedzącej. Ostry ból  przeszywający czaszkę powoli ustępował. Rozejrzała się wokół i skupiła uwagę na zbitce szmat  leżących niedaleko niej.
Nie, to ciało. Człowiek miał na  prawym ramieniu owinięty jasny  kawał płótna, miejscami przebarwiony zaschniętą już krwią.
Najemnik
Gwałtownie cofnęła się w tył, odsuwając się od  niego  możliwie najdalej.
- Spokojnie. Jest nieprzytomny - ten  klęczący przy niej odezwał się przez nos.
Seath nie zabrała głosu. Spojrzał na nią i odjął szmatkę którą, jak zauważyła, wstrzymywał krwawienie z twarzy.
- Jesteś  głucha? - spytał z cmoknięciem - Ładunki musiały dać ci  nieźle w  kość. Były  mocne.
Pokiwała przecząco głową, odczuła miliardy wbitych szpilek. Mocne. 
Zwróciła uwagę na jego rozciętą wargę i ciemny strumyczek cieknący z nosa.
- To dobrze. Jego - uśmiechnął się i wskazał kciukiem na leżącego - Ogłuszyłem go kiedy zaczął sprawiać problemy. Nadal będzie je robił. Nie mogę go jednak usunąć, to nie etyczne.
Powiedział i znów przytknął szmatkę.
- Chyba nie  myślisz... że cię wyręczę - odpowiedziała po chwili. Jej głos zdradzał wahanie - Skończyły mi się kule.
Odwrócił się do niej i złapał jej spojrzenie. Na twarz kobiety wystąpił rumieniec. Schyliła więc głowę i podciągnęła nogi żeby ukryć zażenowanie. Badał ją wzrokiem jeszcze chwilę.
- Nie masz swojej zabawki. Została gdzieś pod gruzem - zgasił ją - Zresztą, już swoje zrobiłaś.
Pomyślała o obcym człowieku któremu odebrała życie, o tym kogo musiał zostawić. Czy miał własną rodzinę? I jak bliski był swoim towarzyszom...
Wiedziała że obcy również o nim myśli.
Wstał i oddalił się od niej. Kuśtykał. Spojrzał przed siebie na syczący blask.
- Piękne, prawda? - zwrócił jej uwagę. Bez drwiny, sarkazmu. Po prostu stwierdził fakt. Podążyła za  jego spojrzeniem.
To na  co patrzył  było pogorzeliskiem.  Ogromna  połać spalonej ziemi przykryta grubą warstwą sadzy i szarym popiołem. Zawalone szkielety budynków i rozsypany gdzieniegdzie gruz. Wzdłuż zgliszcz dało się zauważyć zwęglone szczątki ofiar podpaleń. Zbite w kupki żarzące się strzępy odzieży i ciał. Dopiero teraz dotarła do niej woń spalenizny. Centrum miasta i wyższe budynki nadal zżerał raz rozpalony żywioł, reszta już się zawaliła.
Widok był okrutny. Obrzydliwie przyprawiający o mdłości, katoński. Ale piękny.
Rozszalałe płomienie liżące każdy fundament, ognisty wiatr rozpylający każdą iskrę. To ciepło i siła.
- Piękne barbarzyństwo - stwierdziła cicho.
- Myślisz tak bo twój kochaś tak myśli - może to pytanie, może kolejny fakt. Saeth jednak zawładnęły silne emocje - Wolicie zniszczyć wszystko niż pozwolić żeby roylas zarobiło punkty. Tam zginęli ludzie. Setki niewinnych ludzi.
Znów przykuł ją spojrzeniem. Widziała gniew i odrazę w ciemnych oczach barwionych łuną ognia.
Wytrwała. Ale ogarnął ją smutek i żal. I zmęczenie. Nie tylko fizyczne,  przede wszystkim poczuła się wyczerpana psychicznie. Po tylu latach zwątpienie i poczucie braku sensu w tym wszystkim nabrało nowej   siły. W końcu odwróciła głowę i skupiła spojrzenie na jednej z gwiazd.
- To była pułapka. To wszystko to pułapka - wykonała nieokreślony ruch ręką - Kto cię na mnie nasłał?
- Myślę że wiesz - odpowiedział.
- Myślę że się domyślam - zripostowała - Czemu mi pomogłeś?
Najemnik nie odpowiedział. Podszedł do towarzysza i zauważyła jak sprawdza jego stan. Leżący mężczyzna poruszył się nie spokojnie i instynktownie złapał za postrzelone ramie.
- Wkrótce się obudzi a to  znaczy że muszę iść - zwrócił się do niej - Jeżeli pójdziesz na wschód, z wiatrem to za kilka dni dojdziesz do sąsiedniego miasta. Granic nie strzegą więc łatwo przejdziesz i wtopisz się tło.
Pochylił się nad facetem. Zabezpieczył jego broń, chwycił za udo i pewnym ruchem przerzucił sobie na barki. Oboje przy tym stęknęli. Saeth również wstała.
- Czemu mi pomogłeś? - ponowiła pytanie.
Żołnierz dalej milczał. Upuścił wolną rękę i zaczął nią grzebać w kieszeni umundurowania. Wyjął z niej mały przedmiot, owalny i spłaszczony. Kształtem przypominał kamień ale wyróżniał się w pełni zmechanizowanym wyglądem. Potarł go delikatnie kciukiem i nacisnął kilka razy.
- Zobaczę cię jeszcze? - spytała lekkomyślnie. Mężczyzna zaczął budzić w niej sympatie. I zaufanie.
Za jego plecami zagięła się przestrzeń jak marszczone powietrze. Rozbłysła matowym miętowym blaskiem i otworzyła taflę turkusowej barwy. Most.
Saeth westchnęła cicho. Urządzenie do przeskoków do rzadkość.
Schował pilot i wymienił na kolejny. Rzucił jej srebrny przedmiot. Spojrzała zdziwiona na zwykłą komórkę.
- Może - odpowiedział wymijająco - I może kiedyś zadzwonię. Powodzenia.
Uśmiechnął się przepraszająco i wszedł w wir. Zdążyła zapytać go o imię.
- Fared - odpowiedział.
Tafla załamała się zamykając portal i zostawiając ją na ciemnej polanie samą.
Posłała ostatnie spojrzenie na resztki zrównanego z ziemią Los Hjal. Objęła ramiona poranionymi rękami po czym zmusiła nogi bo ruszyły z wiatrem w stronę bezpiecznej przystani, nie zważając na chłód i cisnący ból, a także za  radą łowcy, który nie miał serca Łowcy.

Dostała kolejną szanse.
I choć wiedziała że już się nie wypłaci, goniona przez wątpliwości, kłamców i morderców,
zamierzała ją wykorzystać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz