Lord z blaszanego stołu pochwycił nóż i pochylił się nad wykończonym jeńcem, złapał go mocno za szczękę i uśmiechnął się kiedy mężczyzna zadrżał. Miraz objął oburącz rękojeść i wbił broń w skatowanego.
Ostrze trafiło pod żebra, pociekła krew. Pewnym ruchem zaczął ciąć w stronę drugiego boku. Jeszcze więcej krwi, zalała Lordowi ręce. Ranny wydał dźwięk bliski kwileniu, rzężeniu i ochrypłemu krzykowi. Szarpnął się w ostatniej próbie ratunku ale dwóch silniejszych żołnierzy unieruchomiło go. Miraz wyciągnął nóż z ciała i z zadowoleniem odłożył na stół.
Zrobił swoje, pojmany (nie zapamiętał jego imienia, bo i po co?) był bezużyteczny i męczący. A wieści którymi mógł czy też powinien a nie chciał się podzielić, nieaktualne. W ciągu ostatnich kilku dni jego żołnierze wzięli żywcem nowych ludzi którzy mogli być skorzy do współpracy. Wyszedł więc z pokoju zostawiając wciąż kwilącego oficera royal powolnej, bolesnej śmierci.
Na korytarzu czekał na niego Bruce, jego prywatny chodzący arsenał broni. Jeden człowiek robiący za ochronę to lekkomyślny pomysł ale Lord nie tolerował licznej świty wokół siebie. Bruce podał mu ręcznik do rąk i obaj ruszyli do wyjścia z piwnic gmachu.
Budynek był ogromny, kunsztownie zdobiony. Korytarzem wyłożonym beżowymi kafelkami skierowali się do głównego holu. Odznaczały się liczne okna z rozsuniętymi kotarami w ciepłej zieleni, ze złotymi sznurami i klamrami. Stiukowe kolumny z bazą i głowicą ozdobionymi ornamentami roślinnymi łączyły łukowate sklepienie z misternie wykonanymi freskami. Przedstawiały legendy rodu Mongesternów i powstanie świata więc Lord umyślnie unikał patrzenia na sufit. Mijali białe rzeźby mężczyzn z mieczami oraz kobiet w pofałdowanych szatach i pozie uwielbienia. Szczególnie jeden z posągów przykuwał uwagę Lorda ilekroć pokonywał tę trasę.
Był to duży cokół na którym w grymasie bólu konał mężczyzna w rynsztunku. Pod prawą dłonią leżał złamany miecz a lewą ręką osłaniał się. Nad umierającym stał drugi mężczyzna, również dzierżył miecz ale unosił go w geście ostatecznym. Był odziany w zbroję a za plecami rozpościerały się skrzydła, upierzone jak u drapieżnego ptaka. Martwe oczy figur wyrażały buńczuczność i gniew.
Ale nie wyróżniał ich akt okrucieństwa, znacznie większe wymiary rzeźby czy smuga światła padająca na nią. Wyróżniał ją fakt że za każdym razem, w tym świetle, Miraz widział mgnienie młodej kobiety stojącej pośród wirującego kurzu i ze szczerym zainteresowaniem przyglądającej się postaciom.
Saeth zmierzyła figury wzrokiem.
- Do bogowie współczesnego świata? - Spytała.
- Starożytnego - odpowiedział Miraz czytając tablice na postumencie - Bardzo, bardzo starego. To Stworzyciel i Niszczyciel.
Stanął za dziewczyną i dotknął jej kruczoczarnych kosmyków. Podniosła dłoń i palcem wskazała na górującego człowieka.
- Niszczyciel - powiedziała i wskazała na leżącego - Stworzyciel.
On uśmiechnął się w jej włosy.
- Na odwrót - poprawił ją.
Saeth długo nie odpowiadała.
- Nie rozumiem - orzekła.
Miraz chwycił dłoń którą opuściła i powtórzył jej gest.
- Stworzyciel. On jest głową rodu Mongesternów. W każdym pokoleniu jest jeden Mongestern. Uważają się za bogów i władców tego świata. Ale wkrótce przestaną nimi być - pomyślał chwilę - Nie uczyli cię tej bajki w szkole?
Zaśmiał się lekko. Odwróciła głowę i spojrzała na niego błękitnymi oczami. Przywodziły mu na myśl wody pokryte lodem i szronem a skośny kształt mówił o domieszce obcej krwi. Uśmiechnęła się kącikami ust.
- Urodziłam się na ziemiach innego boga - odparła równie lekko. Wspięła się na palce i oddała szybki pocałunek.
Na wspomnienie ciepła i miękkości jej ust przebiegł Miraza dreszcz. Wzdrygnął się.
- Lordzie? - Spytał Bruce widząc jego reakcję.
- Nic, nic - mruknął w odpowiedzi. Widok dziewczyny zniknął równie szybko jak się pojawił i Miraz wiedział że to przemęczony umysł płata mu figle. Minęli rzeźbę i wkrótce dotarli do foyer.
Kamienną posadzkę oświetlał krąg światła padający za szklanej kopuły. Podwójne schody prowadziły na, podtrzymywane przez skryte w cieniu kolejne kolumny, otaczające piętro tarasy a te z kolei do licznych korytarzy i zagospodarowanych pokoi.
Tutaj kręciło się znacznie więcej ludzi. Biegali między gabinetami na parterze i piętrze a budynkami na dziedzińcu. Na placu odbywała się musztra oddziałów rebelianckich i nawet kilka drużyn minęło Lorda w milczeniu pochylając głowy. Był to cichy znak szacunku.
Miraz skierował się na schody. U szczytu czekał jego drugi najwierniejszy człowiek, Sundeep.
Zazwyczaj był cichy ale umysł miał nieprzeciętny. I umiejętności, był wyjątkowo utalentowanym szpiegiem. Lord podświadomie czuł nowe wieści.
- Lordzie - mężczyzna skinął głową - Discus wrócił. Kapitan prosił o przyjęcie, czeka w pańskim biurze.
- No cóż - odpowiedział zwięźle Lord.
Szpieg skierował się do własnych obowiązków a Miraz, do swoich pokoi.
Te pokoje były w gruncie rzeczy łazienką w przybocznym pomieszczeniu łączoną z biurem w pomieszczeniu głównym. W zamierzeniu miało być sypialną jednak mężczyzna życzył sobie by łóżko i wszelkie komody wynieść do innej części gmachu, praktycznie nie używanej. Zamiast tego wstawiono tu biurko, stojące frontem do okna, zasłoniętego burą, grubą zasłoną. Również prostokątny stół na środku pokoju, zagracony książkami, księgami i stosami papierzysk, kanapę pod lewą ścianą i dwa fotele. Po przeciwległej, w ścianie płonął ogień w kominku. Brązy i światło mogło dawać poczucie ciepła choć w rzeczywistości były zimne i ciemne.
Wchodząc do pokoju Lord spojrzał wyczekująco na gościa. Stojący przy stole mężczyzna wyprostował się następnie skłonił.
Był bliski trzydziestki. Bladej skóry, ciemnych krótko ściętych włosach, ogolony. Z jasnymi oczami. Zimnymi, martwymi oczami które należą do człowieka zabijającego z czystą przyjemnością i pragnącego krwi. Miraz przyłapał się na zaskoczeniu, choć wiedział że wyraz twarzy go nie zdradzi.
- Generał Dieter, nie spodziewałem się - zwrócił się chłodnym tonem - Przekazałem instrukcje..komu innemu.
- Tewnon nie żyje. Jego podoficer i większa część grupy również. Przejąłem resztę ludzi i razem wynieśliśmy wszystkie akta do których mieliśmy dostęp - zawahał się na chwilę - Zaskoczył nas najemnik.
Dieter odsunął się od mebla ukazując dwie leżące tam aktówki. Przez krótką chwilę zmierzył swojego pracodawcę i lubieżnie skierował wzrok na świeże plamy.
- Zaskoczył? - spytał Miraz, widząc spojrzenie podwładnego ruszył do łazienki - Najemnik?
Krzyknął z oddali. Zostawił otwarte drzwi i odkręcił ciepłą wodę w umywalce.
- Trzech - odparł twardo z pokoju - Myślę że Mongerstern wiedział o sprawie.
- Obawiam się że ostatnimi czasy tracić czujność - Skomentował Lord.
Z ciągnął z siebie mokrą od posoki koszulę, rzucił ją na stos innej bezużytecznej odzieży i zaczął obmywać tors z czerwonego brudu.
- A podejrzenia odnośnie wrogiego wywiadu pod moim nosem to poważna sprawa - odkrzyknął twardo Lord i udał zatroskanie - Zresztą ostatnio robiłem czystki.
Usłyszał cichy chichot mężczyzny. Miraz nawiązał do brutalnego potraktowania wszystkich, aczkolwiek niewielu, zwiadowców wrogiej strony którzy mieli jeszcze dość odwagi by plątać mu się pod nogami. Albo głupoty, przyszło mu namyśl. W końcu nie dożyli świtu. A gdyby dożyli, to w trwałym kalectwie. Nie było w tym nic zabawnego ale trudno spodziewać się po takim typie innej reakcji.
- Zabawne. A teraz mów wreszcie - nakazał żołnierzowi - Co z kobietą?
- Lordzie - Dieter natychmiast spoważniał i choć Lord nie widział go z toalety wiedział że tamten skłonił się znowu - Pojawiły się komplikacje...
- Komplikacje! Komplikacje to odwieczna wymówka - prychnął na podwładnego z dystansu - Usunęliście ją?
- Nie, Panie - odparł z konsternacją - Tamci...
Miraz machnął ręką żeby żołnierz zamilkł ale tamten też go nie widział. Przerwał mycie i ciężko pochylił się nad umywalką. Ciało ogarnął chłód. Zimny prąd przeszył go wzdłuż kręgosłupa i raził aż po opuszki palców.
- Żyje? Seath nadal żyje? - podniósł głos. Zaczął drżeć. Przez zamglony wzrok widział różowe i czerwone smugi na porcelanie.
- Nie wiem. Tewna zestrzelili zanim zdążył zabić to Ścierwo. Zabrałem stamtąd ludzi kiedy Imperium otworzyło ogień.
Smugi prosiły żeby widział w nich krew Saeth... Ale to nie była jej krew. Próbował się otrząsnąć. Saeth żyła. Nie umarła z dziurami po kulach w ciele, nie padła twarzą w plamy krwi. Supeł strachu i goryczy oplatający go do tego dnia w wnętrznościach i zewsząd na ciele, zelżał. Saeth żyła i była to świadomość kojąca, ciepła i miękka, delikatna jak jej wargi i ich dotyk...
- Szukali jej, mogli nas wyręczyć - Dieter wciąż relacjonował, barwiąc ton kpiną - Chociaż szczerze wątpię...Zdetonowaliśmy wieżowiec. Nie możliwe żeby to przeżyła. I Tamci też mogli zginąć.
Miraz był jednak daleko, czuł...Uczucie było tak silne że wręcz bolesne. Bolało jakby to jego samego rzucono na stół wyłożony wszystkim co ostre i pasowało do hasła "broń". A czy ona sama tego nie poczuła? W tej myśli zobaczył rzucone ciało kobiety lecącej na narzędzia... A zasłużyła, to wiedział i gniew, ból, zdrada i furia zalały go falą jednocześnie.
Wytarł się ręcznikiem i porwał białą koszulę z czystej kupki. Zapinając guziki, wściekły wypadł z łazienki.
Tak bardzo chciał się opanować! Powinien teraz trzeźwo myśleć, tymczasem pozwalał sobie tracić panowanie i to z czyjego powodu? Dieter miał słuszność. To Ścierwo. Nielojalne, niezdecydowane, słabe, niewierne...Ciiicho...
Nabrał z sykiem powietrza. Zdenerwowany potarł czoło. Usunięcie jej było najlepszym rozwiązaniem dla sprawy. Nie dla mnie, słyszał cichy głosik. A już prawie uwierzył sobie że nie ma do niej żadnej słabości...
- Dopilnowałem aby była odcięta od jakiejkolwiek formy kontaktu z tą plagą. A jednak nie mamy żadnej pewności czy najemnicy nie przyszli jej z pomocą. Zdajesz sobie sprawę jak mnie to bardzo komplikuje plany? - oznajmił przez zęby - Powinieneś tam zostać i zadbać żeby więcej nie wstała. Choćbyś miał wystrzelać całą amunicję! I sam zdechnąć. Co więcej, dopilnować żeby rozkaz tamtej trójki był ostatnim za jaki się wzięli. Rozumiesz?
Powiedział dobitnie i zmroził mężczyznę wzrokiem. Dieter pokręcił twierdząco głową.
- Powinienem wiedzieć o czymś jeszcze? - spytał Lord. Żołnierz pokręcił przecząco
- Dobrze. Twoja kompetencja jest wysoce niezadowalająca - rzucił Miraz bardzo obiecującym tonem - Wynoś się.
Generał napiął mięśnie i wyszedł sztywnym krokiem. Życzył sobie by Ścierwo było żywe. Z całego serca chciał by umierała powoli i męczarniach i ten ból zada jej osobiście. Uśmiechnął się okrutnie. Zbyt wiele długów musi mu spłacić i już zbyt długo cieszyła się przywilejami od Lorda Miraza.
Tymczasem świat się zatrzymał. Lord podszedł do jednego z foteli i opadł na miękkie poduszki. Przetarł rękami twarz, włosy i zapatrzył w tańczący płomień w kominku. Kiedy odjął je od głowy nieświadomie zaczął obracać złotą obrączkę na prawej dłoni.
Przez gasnący gniew wzbierała nadzieja i rozpacz. I tak bardzo za nią tęsknił.
Co zrobili źle?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz