środa, 14 czerwca 2017

Seath2

Pakowałam ostatnie paczki  z posiłkiem do worka kiedy usłyszałam rumor na końcu alejki. Właściciele w pośpiechu zawijali stragany i  łomotali deskami z drewnianych konstrukcji. Ostatni potencjalni klienci zabierali pośpiesznie torby i znikali w bocznych uliczkach które zdążył spowić cień, jakby w obawie przed coraz silniejszym mrozem. Jednak prawdziwy powód  szedł  środkiem ulicy równym, marszowym krokiem.
Zmrużyłam oczy. Pięciu mężczyzn odzianych w grube płaszcze i z przepasaną u  boku bronią, stukot ich okutych  butów  odbijał  się echem  od ścian  i gruzu.
Pokrzykując i strasząc  miejscowych przypominali o zbliżającej się godzinie policyjnej. W ciągu paru minut centrum opustoszało, nikt nie ma zamiaru zadawać się z tą uzbrojoną hołotą.
Silne trącenie w ramie wyrwało mnie z zadumy;
-  Co? - warknęłam.
-  Rusz się! - odkrzyknął Molle, właściciel tego kramu.
Trzymał w ręce dwie paczki i kilka banknotów. Szybkim ruchem wrzuciłam resztę towaru i podałam  mu worek. Wymieniliśmy się i sama w pośpiechu ruszyłam w  najbliższą odnogę. Za plecami słyszałam odgłos zwijanych płacht i oddział. Po kilku przecznicach napotkałam kolejny i jeszcze jeden. Pochyliłam głowę i włożyłam rękę do kieszeni kurtki żeby ją ogrzać, drugą wciąż przyciskałam zawiniątko do piersi. Wydech zamieniał się w obłoczek pary mimo to przyśpieszyłam  kroku. Kiedy zaczął prószyć śnieg dotarłam na przedmieścia i mimo utrudnionej widoczności dotarłam do klapy od piwnic. Słońce zaszło a miasto wymarło.
Z centrum niosły się krzyki, śmiechy i dźwięk tłuczonego szkła. Odziały zbrojne zaczęły się dobrze bawić.

*

Wejście do Hali było mile oczekiwaną odmianą. Kojące ciepło buchające z podpalonych koszy i palenisk zdążyło wysuszyć przemoczone ubranie i rozgrzać mnie po długich godzinach wystawania na dworze. Słuchałam płaczu dzieci, skargi zmęczonych mężczyzn i  starszych, pojękiwania rannych.
Melodia chorych, głodnych i wycieńczonych ludzi, ofiar bezsensownej walki. Po drodze oddałam paczki z jedzeniem dla kucharzy i zostałam na kolacji.
Usiadłam po turecku na kocu w kręgu przy największym ognisku. Tutaj rozbrzmiewały ożywione rozmowy, czasem dało się  słyszeć śmiech biegających dzieciaków. Sona, starsza kobieta drżącą dłonią podała mi miskę z zupą i z trudem usiadła obok.
- Dziękuje - powiedziałam i zachłannie rzuciłam cię ciepłe żarcie.
- Nie ma za co - odpowiedziała - Czy  na górze zrobiło się lepiej?
Pokiwałam przecząco głową i przełknęłam kolejną porcję.
- Nikt nie rozmawia na targu. A po za się nie szwendam. - odpowiedziałam.
- To  dobrze. Lepiej siedzieć na miejscu - pokiwała w zamyśleniu głową. - Ja też nigdzie się nie ruszam.
Uśmiechnęłam się. Sona była schorowana a i warunki nie były najlepsze. Każdy kto może zostaje w domu.. albo schronie. Tylko że nie każdy może.
Dokończyłam zupę,  jeszcze raz podziękowałam  i ruszyłam do swojego namiotu. Zbitka materiału  zapewniała jedynie prywatność, nie mały luksus. Skromne wnętrze zapełnione jest tylko dwoma kocami,  wypchanym plecakiem  z  zapasowym ubraniem  i miską z zimną wodą. Rozebrałam się do podkoszulka i przemywałam twarz kiedy usłyszałam dzwonek w swojej bluzie. Wytarłam się i wyjęłam telefon komórkowy, kolejny  rzadki nabytek. Na  wyświetlaczu migotał znajomy numer.
Po krótkim wahaniu odebrałam.
Cześć - usłyszałam przyjemny męski głos - Wiele ryzykujesz.
- Ty bardziej. Masz dobre  wieści? - W słuchawce zapadła cisza.
Nadal cię szuka. Wczoraj wywinąłem się przypadkiem. Nie wiem ile jeszcze będę wstanie go zwodzić - Odezwał się w końcu.  - I kiedy skończy mu się cierpliwość.
Spuściłam wzrok.
- Nie chcę żeby zrobił ci krzywdę - powiedziałam, czułam jak łza spłynęła  mi po policzku. - Powiedz mu.
Nie zrobię tego. Zresztą, nadal  nie wiem gdzie możemy cię znaleźć, nie? - Odpowiedział ze śmiechem. - Nie martw się.
Mimo woli uśmiechnęłam się. Mogła bym mu powiedzieć,  zaproponować żeby do  mnie dołączył i razem ucieklibyśmy jeszcze dalej..
Kusząca propozycja - zaśmiał się jakby czytał moje myśli - Ale tylko doprowadził bym ich do  ciebie. Wiem że mam ogon. A ten ogon ściga groźniejszy drapieżnik. 
Zmarszczyłam twarz w grymasie niesmaku.
- Więc nie wychylaj się. Bez względu na zobowiązania, będę  siedział cicho. - słyszałam stanowczość w głosie. - Nie martw się.
Dodał i rozłączył się. Westchnęłam głośno i przykucnęłam na piętach. Martwiłam się. Bardzo.
W końcu nie miał żadnych powodów żeby się tak poświęcać.. i nadal nie potrafię zrozumieć co mu odbiło.

***


***

Ale wiem że mogę mu ufać, tak jak nikomu. W końcu Varckore mnie szuka żeby zabić albo wykorzystać. Miraz szuka mnie żeby zabić. Oczywistym wyborem było by przystanie na warunki pierwszego, co jednak nie zmienia faktu że bezpieczniej jest schować się i przeczekać burzę.
Tylko że ta burza trwa i jakoś nie ma zamiaru przestać.
Zamknęłam oczy i spróbowałam wyciszyć gonitwę myśli. Nie udało się. Zrezygnowana  położyłam się pod kocami i porządnie zawinęłam.
Tej nocy miałam wiele niespokojnych snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz